W sieci zawrzało. A właściwie zapachniało kadrami rodem z „Spirited Away” i „My Neighbor Totoro”, tyle że wygenerowanymi nie przez palce artysty, a przez… prompt. OpenAI właśnie otworzyło nowy rozdział w swojej historii, udostępniając funkcję generowania obrazów z poziomu ChatGPT. I jak to zwykle bywa, ludzkość nie czekała ani chwili, by nacisnąć Enter. Efekt? Internet zalała fala obrazów „w stylu Ghibli”, które rozkwitają w soczystych kolorach nostalgii i technologicznego zdumienia. Tylko że po chwili przyszło też pytanie, czy to jeszcze zachwyt, czy już kradzież.
Magia Ghibli kontra algorytmiczna precyzja
Witamy w czasach, gdy kliknięcie wystarcza, by zmaterializować coś, co kiedyś powstawało latami. Studio Ghibli, symbol animacyjnej duszy Japonii, od dekad tkało magiczne światy nicią ręcznej ilustracji, poetyki i emocji. Dziś ta estetyka, wytrenowana przez algorytmy i przemielona przez zestawy danych, wraca do nas w formie cyfrowych dzieł, które… nie powstały tam, gdzie powinny. Nie w Kioto, nie w głowie Hayao Miyazakiego, tylko w modelu językowym OpenAI.
Na TikToku, X-ie i Instagramie obrazki w stylu Ghibli wyrastają jak grzyby po deszczu. Dziewczynki z duszkiem, pociągi jadące przez ryżowe pola, latające wyspy i smoki o oczach pełnych melancholii. To wszystko wygląda „jak z Ghibli”, ale nie jest. I tu wchodzi prawo autorskie, całe na szaro.
Styl, który można trenować, ale nie zrozumieć
Japońskie prawo, jak się okazuje, dość luźno podchodzi do ochrony stylu artystycznego. Dla AI to raj – można trenować modele na cudzej estetyce bez potrzeby pytania o zgodę. W USA czy Europie sytuacja byłaby już bardziej skomplikowana, ale nawet tam granice są zamazane. Przecież styl to nie postać, nie tytuł, nie fabuła. To klimat, nastrój, i właśnie ten klimat dziś jest replikowany na potęgę.
Z punktu widzenia fanów to rewelacja. Kto nie chciałby zobaczyć, jak wyglądałby jego pies w świecie „Księżniczki Mononoke”? Ale z punktu widzenia artysty to jakby ktoś wszedł do twojego ogrodu, zerwał wszystkie kwiaty, zrobił z nich bukiet, podpisał się jako twórca i dostał za to tysiące lajków.
Zresztą, sam Hayao Miyazaki już w 2016 roku wyraził swój stosunek do sztucznej inteligencji. W dokumencie Never-Ending Man pokazano, jak grupa programistów zademonstrowała mu surową animację wygenerowaną przez AI – zombie ciągnącego się po ziemi, poruszającego się w sposób „niemożliwy do wyobrażenia przez człowieka”. Po chwili Miyazaki opowiedział historię o swoim przyjacielu z niepełnosprawnością. Mówił o tym, jak jego kolega codziennie zmaga się z bólem i sztywnością mięśni, próbując wykonać zwykłe „przybij piątkę”. „Myśląc o nim, nie mogę patrzeć na coś takiego i uważać to za interesujące” – stwierdził reżyser. Dodał też: „Ktokolwiek tworzy takie rzeczy, nie ma pojęcia, czym jest ból. Jestem całkowicie zniesmaczony. Głęboko czuję, że to zniewaga wobec samego życia”.
Wypowiedź ta, choć sprzed lat, dziś wraca z pełną mocą. W nowym kontekście, w którym AI przybiera estetyczne maski wielkich twórców, jego słowa stają się przestrogą. Nie tyle przed technologią samą w sobie, co przed brakiem empatii i powierzchownym traktowaniem tego, co kiedyś było procesem twórczym – czasochłonnym, bolesnym i prawdziwym.
Granice inspiracji i pytanie o sens twórczości
Oczywiście OpenAI nie stworzyło tej funkcji po to, by bezpośrednio kopiować styl konkretnego studia. Ale modele uczą się, czerpiąc z internetu, a tam Ghibli jest obecne na potęgę. Efektem są dzieła, które nie mają „ręki” Miyazakiego, ale przypominają jego twórczość do złudzenia, tyle że bez jego duszy.
To rodzi pytanie, czym właściwie jest sztuka w erze AI. Czy chodzi o efekt końcowy, czy o drogę? Czy prompt „zrób mi zachód słońca w stylu Ghibli” ma taką samą wartość jak tygodnie pracy ilustratora? A może w nowej rzeczywistości nie ma już znaczenia, kto maluje, jeśli efekt nas zachwyca?
Nie brakuje głosów, że to wszystko to kolejny akt kolonizacji kultury przez technologię. Inni z kolei mówią o demokratyzacji – skoro każdy może stworzyć coś pięknego, to może właśnie o to chodzi. Problemem jednak nadal pozostaje pozostaje – czyje piękno kopiujemy?
W całym tym zamieszaniu Studio Ghibli milczy. Ale eksperci prawni nie wykluczają, że firma mogłaby wytoczyć działa. I nie chodzi tylko o pieniądze, ale o to, że coś bezcennego, styl, wizja, dziedzictwo, zostało przejęte przez maszyny.
Nie jesteśmy tu jednak po to, by moralizować. Nie będziemy rzucać hasłami o „końcu sztuki” ani wróżyć apokalipsy z klawiatury. Jedno jest pewne – granice między inspiracją a eksploatacją nigdy nie były tak cienkie, jak dziś. A może nigdy wcześniej nie były po prostu… widoczne?
Bo gdy AI tworzy coś „jak Ghibli”, to pytanie nie brzmi już: „czy potrafi?”, tylko „czy powinna?”